Kubek herbaty i paczka cynamonowo-jabłkowych słów.




2009-01-29 14:09:31
Jazda na Hamlecie


Ha, zdaje się, że to już zakrawa na obłęd. Idę, powiedzmy, na imprezę, bawię się całkiem nieźle, ale w pewnym momencie popadam w konsternację i myślę sobie: "cholera, ja bym tę scenę napisała lepiej". Albo - obserwuję dalszych znajomych z wydziału i oceniam ich w kategoriach interesująca/mało interesująca postać literacka. Coś mi się światy zaczynają mieszać, niedługo całkiem od tego zwariuję i będą mnie zbierać szufelką z podłogi. Wszystko przez to, że ostatnimi czasy niemal bez przerwy piszę - artykuły, eseje, prace zaliczeniowe, magisterkę, opowiadanie, niekończącego się fanfika - a jak nie piszę, to zastanawiam się, co i jak napisać, i dlaczego, na jaja Merlina, doba nie ma czterdziestu ośmiu godzin. Otóż nie ma. Sprawdziłam na własnej skórze. W pewnym momencie dopadł mnie nawet literowstręt, robiło mi się niedobrze na widok migającego kursora w wordzie, ale powoli mi to mija. Nałogowiec nie może zbyt długo obyć się bez narkotyku, szczególnie, jeżeli ten narkotyk drzemie w jego własnej głowie i nie trzeba na niego wydawać fortuny. Obawiam się, że na odwyk się nie nadaję. Zresztą nie jestem, kurde, masochistką, żeby się katować jakąś przymusową abstynencją.

Co tam, panie, w świecie znaków kulturowych? Otóż byłam na toruńskim "Hamlecie" i sama nie wiem, co mam o nim myśleć. Bo niby rozumiem koncepcję, widzę w niej nawet sens, problem w tym, że ta koncepcja nie "zagrała", coś po drodze zgrzytnęło i szlag trafił linię przewodnią. Kilka scen było naprawdę rewelacyjnych, zresztą sam pomysł błazeńskiego alter-ego (komiczna podszewka każdego tragizmu) i kabareciarsko-międzywojennej otoczki w kontekście hamletowskim wydał mi się interesujący,że hej. Ale... Ale jednak coś poszło nie tak jak trzeba. Sztuka nie była sztuką, tylko serią rozsypanych koralików bez sznurka, pomijając już fakt, że nadmiar roznegliżowanych panienek w każdym niemal spektaklu może w końcu zanudzić na śmierć. Ta konwencja zaczyna się przejadać. Uwspółcześnianie klasyki zresztą też - marzy mi się takie tradycyjne, klasyczne przedstawienie z pompą, kostiumami, bajerami i scenografią zapierającą dech. Tyle, że a) moda jaka jest, każdy widzi i b) forsy tak jakby prowincjonalnym teatrom brakuje. I dupa. Pomysł, to oczywiście podstawa, ale jak robi się z takiego na przykład "Snu nocy letniej" uwspółcześnione gówno, które traci tym samym cały swój baśniowy urok, to  mam ochotę nabyć pomidory i pobawić się w strzelca wyborowego. Bo ja już nie mogę, no! Więcej archaizmów dla społeczeństwa!

Wracając do "Hamleta" - Grzegorz Woś, odtwórca głównej roli, zauroczył mnie na amen i to nie ulega wątpliwości. Po prostu czarodziej! Do cholery, jak to się dzieje, że tak niepozorny człowiek, na którego na ulicy nie zwróciłoby się uwagi, na scenie przeistacza się w kogoś... no... całkiem nie z tego świata??? On nie grał Hamleta, on nim BYŁ. Miałam nawet wrażenie, już podczas wybuchu oklasków, że nie potrafi się pozbierać i nie do końca zdaje sobie sprawę, w jakiej rzeczywistości przebywa. Jeszcze w teatralnej, czy już w zwyczajnej, gdzie dekoracje są dekoracjami, a nie królewskim pałacem władców Danii. Niektórzy aktorzy mają to coś, tę iskierkę, która ich uniezwykla i odróżnia od innych - może nie tylko pisarze mogą, jakby to powiedział Moers, osiągnąć Orma? Czyli znaleźć sie nagle w miejscu twórczym, energetycznym i trzeszczącym od wewnętrznych napięć; w samej kolebce artystycznych doznań? Myślę, że tak, że aktorzy też mogą tam trafić. Woś w każdym razie bywa tam bardzo często. Tak jak i Ubysz, Maciejewski i - niech to cholera, nie lubię baby, ale muszę to przyznać - Podfilipska też. Jej Ofelia była świetna, nie tylko dlatego, że utopiła się pod prysznicem. Po prostu przerobienie tej postaci na skromniutką panienkę ze dworu, co we włosach nosi spineszki i czasami pogrywa na pianinie ku uciesze domowników, trafiło mi do przekonania. Skojarzenia z "Przedwiośniem" narzuciły się same, wcale ich nie zapraszałam. Tak jak wcale nie chciałam porównywać Wosia z Chyrą, a jednak nie dało się tego uniknąć.

No. Strasznie się cieszę, że znowu zaczęłam regularnie chodzić do teatru, bardzo mi tego brakowało. Jak każdy wampir emocjonalny potrzebuję solidnych dawek emocji, bez nich czuję się pusto i anemicznie... Stąd ciągłe zafilmowanie, zaczytanie i zateatralnienie. Zabierzcie mi produkty kultury tak zwanej wyższej a rozsypię się w proch - żadne osikowe kołki ani wody święcone nie będą potrzebne!

Jeżeli szczęście faktycznie polega na tym, by "nie tworzyć z prostych rzeczy intelektualnych labiryntów", to nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę szczęśliwa.



2008-12-22 15:38:54
Krajzis


Przygniata mnie pustka znaczeniowa. Jakoś ciężko znoszę przedświąteczną atmosferę, nie potrafię wziąć się w garść. Jak zwykle chciałabym, żeby to wszystko wyglądało inaczej, ale, jak zwykle, nawet nie jestem w stanie ruszyć małym palcem u nogi.


Żeby jednak coś drgnęło, żeby jednak...


Utknęłam w czymś, co ma białe ściany i tysiące korytarzy, labirynt jak w horrorze klasy ziet. Słucham Pidżamy Porno, a dostaję niestrawności od poezji śpiewanej typu stachuriadowskiego, za którą kiedyś dałabym się pokroić. Poza tym zupełnie nie pojmuję, dlaczego piszę notatkę właśnie wtedy, gdy dołek psychiczny ma najbardziej śliskie ściany. Chyba sprawia mi to perwersyjną przyjemność, takie grzebanie w brudach mentalnych. Zaraz zrobi się ciemno, a ja, zamiast siąść do konkretnej pracy, będę się snuła po domu w charakterze ducha pokutującego. I zatęsknię za nocą_bardziej, kiedy to można runąć do łóżka i udawać, że się nie istnieje.

Cóż. Wczoraj głupawka, dzisiaj desprado bez gitary. Jestem żałosna.

Z newsów  zakupiłam komputer, ale to już dawno było. Prawie zapomniałam. W każdym razie działa (albo nie), mocno mnie wkurwia (albo nie), i ma na imię Rudolf. Uprzedzając pytanie: nie zarejestrowałam czerwonego nosa, chociaż przyglądałam się dość dokładnie.

Zaczęłam pisać magisterkę... i skończyłam na jednej stronie. Apatia, bierność i Mam To Wszystko W Dupie. Czy ktoś mógłby mi pożyczyć choć odrobinę energii?

Z lektur  "Weiser Dawidek" Huellego. Za tak krystaliczny styl prozy byłabym w stanie zabić. O ile ktoś byłby na tyle głupi, żeby dać mi do rąk kałacha. Nie spotkałam się jeszcze z czymś tak... idealnym, a przeczytałam w życiu cholernie dużo książek (niestety). To przerażające. Ideał przeraża. Zawsze przecież pojawiają się jakieś zgrzyty, niedoskonałostki, tentegesy i złe słowa w złych miejscach. A u Huellego nie. Nic. Kurwa, jak on to zrobił...?

"Sto lat samotności" (tak, tak, wzięłam się w końcu za Marqueza) rozumiem historiozoficznie i mam w dupie, że można inaczej. Bo na pewno można, nie wątpię. Dla mnie to wiwisekcja Historii jako takiej, przepływ przez ustroje, wytwory ludzkiej głupoty i ludzkich namiętności. Aż w końcu - zgrzyt sprężyny dziejowej i powrót do prapoczątku. Niczego nie osiągniemy, bo prędzej czy później staniemy w tym samym punkcie, z którego wyszliśmy; niekończący się Poniedziałek! O tak, od tego faktycznie można zwariować.

Na Sylwestra idę do klubu studenckiego i nastawiam się na... na nic. Na nic się nie nastawiam. Wejdę, wypiję, potańczę, dostanę głupawki i będzie mi wszystko jedno, gdzie, jak i dlaczego. Żadnych oczekiwań, żadnych rozczarowań. Jedno jest dobre  mam się w co ubrać, bo zakupiłam byłam krwistą tunikę. Do kompletu brakuje mi już tylko tandetnych, długich i migających kolczyków w stylu "wieś tańczy i śpiewa". Ale i to się załatwi, w końcu kiosków ci u nas dostatek.

Pomijając fakt, że nie mam pieniędzy. Absolutnie, zupełnie i nieodwołalnie. Komputer mnie spłukał, święta dobiły i pogrzebały w betonie. Znowu będę się musiała zapożyczyć, pytanie tylko, u kogo, skoro nikt w grudniu groszem nie śmierdzi...
A wypłata dopiero po dziesiątym stycznia.

Nic tylko się zastrzelić, powiesić i podpalić resztki.

Jakby ktoś znał jakiś fajny bank do obrabowanie, to proszę o kontakt.

Ciekawe, czy humor może mi się jeszcze pogorszyć, czy to już kres kresów...?


A szlag by to wszystko trafił!
Z góry dziękuję za pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.




Mój kot jest blondynką. Przed chwilą musiałam, z latarką w łapie, iść po niego do opuszczonej chałupy (w której straszy), bo nie umiał zejść ze strychu. I to nie było zabawne. Albowiem drabina się chwiała, netopyrki fruwały, a pająki się pajączyły. Myślałam, że zawału dostanę! A ten futrzasty debil, zamiast pomóc, dostał stracho-głupawki  tak się wyrywał, że o mało nie zleciałam i nie złamałam karku :/ W jednej ręce latarka, w drugiej kot, niby jak miałam się jeszcze trzymać drabiny...? To cud, że żyję. I cud będzie, jeśli mnie kto nie oskarży o włamanie...
Na dodatek, to nie pierwszy taki wyskok Tośki, raczej powtórka z rozrywki! Tyle tylko, że ostatnio moja mama robiła za oddział ratunkowy, a tym razem padło na mnie.


Grr, grr, grrr.

2008-11-26 00:06:23
Bazgrolnik pokonkursowy

Popijam wino, słucham  pseudobohemiarskich plotek, i dowiaduję się, że jestem matołem, który nie ma bladego pojęcia o współczesnej literaturze czeskiej. Ani o austriackiej. Co ciekawe, moje ego, zamiast cierpieć piekielne katusze, czuje się przyjemnie... stłamszone. Z jednej strony śmiać mi się chce, bo rozmowy (a właściwie monologi) balansują na granicy wyższej pierdolencji, a z drugiej - otumania mnie nietypowość sytuacji. Jadę sobie ci ja na galę radośnie i w miarę bezstresowo, myśląc "ach, prowincja, byleby tylko dali kasę", okazuje się zaś, że tak jakby... prowincja prowincją... ALE.

Ale, kurde, wierchuszka poetyckiego półświatka. Startowała była.
Plus ja, w charakterze piątego koła u wozu, tudzież stokrotki przy kożuchu.
(Nawiasem mówiąc, aura na południe od Kalisza zdecydowanie sprzyjała kożuchom, kozakom i inszym rozgrzewaczom o płynnej konsystencji.)
Jak się zorientowałam, w czym rzecz, jak sobie uświadomiłam, że to moje trzecie miejsce, to tak jakby niezły wynik - biorąc pod uwagę, że konkurs wygrał jegomość z pięcioma wydanymi książkami na koncie (i charyzmą Przybyszewskiego) - popadłam w stan dziwny i z lekka groteskowy.

Otóż zamilkłam.
Ja. Zamilkłam.
Tym, którzy mnie nie znają osobiście, spieszę donieść, że milczenie, to nie jest moja mocna strona. Poza tym, na pewno nie należę do osób skromnych. A jednak w miejscowości W. (aż chciałoby się wrzasnąć po Bursowsku "mam w dupie małe miasteczka!") zwinęłam się w kłębek i tylko strzygłam uszmi, co by nazbierać wrażeń, nie dając się przy tym doszczętnie zwariować.

Okazuje się, że nadal jestem w stanie zadziwić sama siebie. I to nie tylko w kwestii nagle obudzonej skromności, czy masochistycznych odwyrtek. Myślałam, naiwna, że wiem o sobie całkiem sporo, a tu masz ci los, nagle dopada mnie cała masa sprzecznych emocji, z których istnienia nawet nie zdawałam sobie sprawy!

O kurwa, że się tak nieładnie wyrażę. Ja już chyba nie chcę żadnej bohemy.

Najbardziej podobał mi się komentarz mojej matki-uczycielki tańca, która mi towarzyszyła, samochód prowadziła, miód i piwo piła. I miała przy tym niezły ubaw.

"A ja myślałam, że to tancerze są porąbani..."

Otóż nie, proszę państwa. Tancerze są normalni, ucywilizowani i generalnie nudni jak flaki z olejem. Prawdziwie porąbani są literaci. A wśród literatów zaszczytną, porąbańczą palmę pierwszeństwa dzierżą wierszokleci. Mają ogromną wiedzę, są diabelnie oczytani (i przez to mocno wkurzający), nie zmienia to jednak faktu, że czasami ma się ochotę potraktować ich czymś ciężkim i przyjemnie metalowym. Łomem, dla przykładu. Albo chociażby pogrzebaczem.

*

Powinnam w tym momencie skleić laurkę ku czci wszystkich, którzy bawią się - a trud to niemały -  w animację kulturalną ludu. Niekoniecznie małomiasteczkowego. Problem polega na tym, że zupełnie mi się nie chce, jestem kiepska w laurkach. Ot fajnie, że komuś się jeszcze chce Coś Robić. To apropos samego konkursu i gali, całkiem sympatycznej, choć przydługiej i naszpikowanej występami artystycznymi, które niekoniecznie chciałoby się zapamiętać. Było co jeść, co pić, gdzie spać, i z kim pogadać - czego chcieć więcej? No, chyba tylko wiosennej pogody i mniejszych odległości, bo W. naprawdę leży na końcu świata, przynajmniej z punktu widzenia Torunianki.

Nawet wrony tam zawracają. A po polach harcują białe niedźwiedzie... ha, no dobra, przesadziłam. W każdym razie bliżej stamtąd do Wrocławia, niż do Łodzi - województwo łódzkie jest wielgachne!

I pożera cholernie dużo forsy na paliwo.

Ale nie żałuję, że pojechałam, gotówka piechotą nie chodzi. Grosz nie śmierdzi. Wrażenia można przerobić na literaturę, a kozaki, zupełnie przypadkowo kupione w Kaliszu, sprawują się całkiem nieźle.

"No patrz, od razu widać, że kaliskie" - stwierdziła M., gdy kazałam jej pochwalić nowy nabytek. Niezupełnie rozumiem, co miała na myśli... wredna zołza... ale powiedzmy, że uznam to za komplement ;)

Tak oto wymieniłam wiersze na buty.
Prawda, jakie to romantyczne?







2008-11-03 14:58:11
I zapiję swój pogrzeb (ciąg dalszy)

Ktoś, kto zlecił wykonanie tablicy nagrobkowej z napisem "Tu spoczywają zwłoki rodziny X" odznaczał się absolutnym brakiem wyczucia językowego. Gdy natknęłam się na ten grobowiec (zabytkowy zresztą i sporych rozmiarów), zrobiło mi się dziwnie wesoło - oto humor cmentarny w autentycznej postaci! Szkoda tylko, że zamiast "zwłok" nie było "trupów", z dodatkiem grzecznościowym  w rodzaju "wielce szacowne".


"Tu spoczywają wielce szacowne trupy rodziny X".


Buahaha, a podobno pierwszy listopada, to ponury dzień zadumy i refleksji. No cóż, raczej nie dla mnie. Jestem szczęściarą.  Na cmentarzu nie leży nikt z moich bliskich: prababci nawet nie znałam, z bratem babci nie miałam kontaktu, tak jak i z jej chrześniakiem, który zginął, gdy miałam cztery latka. Dlatego spacery cmentarne, to dla mnie sama przyjemność. Zawsze mi się wydawało, że zmarli muszą mieć ogromną radochę, gdy obserwują te wszystkie kiczowate znicze, czy stoisko ze słodyczami tuż przed główną bramą nekropolii. Piją grzane wino, grają w tysiąca, i dobrze się bawią. Czasem nawet któryś skoczy na ziemię, żeby pobyć ze swoją rodziną, albo ponapawać się łuną i pięknymi barwami jesieni. A potem do rana trwa impreza w Niebiańskiej Spelunie, grają skrzypce, stukają kieliszki, nieprzerwanym strumieniem płyną opowieści i wspomnienia. Jak byłam mała, czułam, że granica między naszym światem, a światem "Po", jest, pierwszego i drugiego listopada, bardzo płynna; wystarczyłoby tylko wypowiedzieć jakieś słowo-hasło, żeby znaleźć się w całkiem innej rzeczywistości. Teraz też czasami odnoszę takie wrażenie. I mam nadzieję, że nigdy mi to nie minie.

Wniosek: refleksyjność wcale nie musi być ponura. A wzruszenie wiąże się tak samo z uśmiechem, jak i ze łzami.

Przypomniało mi się opowiadanie Leszka i przedwojenny Lublin, który po tej "magicznej stronie" dalej istnieje w niezmienionej formie. Bardzo podoba mi się ta wizja, bo sama myślę podobnie - nic na świecie tak naprawdę nie przemija, zawsze pozostaje jakiś ślad. Nie tylko po ludziach, po budynkach również, bo i budynki żyją, przynajmniej w mojej post-romantycznej (post-pogańskiej?) interpretacji. Gdzieś tam, za Zakrętem, znajdziemy te wszystkie cudowne miejsca, o których czasami śnimy,  a jeszcze częściej -  marzymy o nich na jawie. Gdyby było inaczej, to jaki to wszystko miałoby sens? No...?

Nie miałoby żadnego.

Ale dość tych egzaltacji, w które ostatnimi czasy popadam. Otóż ubawiłam się nie tylko pierwszego listopada, równie zabawnie było w Halloween - zaliczyłam wtedy pełnokrwisty zgon. Okazało się, że barman z Fajki ma na przedramieniu wytatuowanego... Śmierć Szczurów! Tak, tak, tego pratchettowskiego. Ja wiem, ludzie cierpią na przeróżne spaczenia, ale żeby aż tak?  Dobrze, że nie kazał sobie wytatuować Bagażu...

Hehe.

Swoją drogą indywiduum lubiące jednocześnie Pratchetta i Coelho, musi być zdrowo trzepnięte. Niezależnie od tatuaży.

Ten tydzień zapowiada się bardzo sympatycznie, obym się tylko na nim nie zawiodła. Opijemy motoryzacyjną porażkę Verity, odreagujemy z co_po_niektórymi środowy wykład z obrazeczków (Nigdy, ale to przenigdy, nie powieszę sobie na ścianie obrazu z koniem. Jestem uleczona. Przez niejakiego Wierusza-Kowalskiego i jego monachijskich kolesiów.), a na dobicie pogłupawkujemy w domostwie przyszłej pani weteryniarz, która wisi nam flaszkę. Tudzież dwie.

Oby tylko pogoda nie była tak listopadowo_dołująca, jak dzisiaj, bo chwilowo, to mi się nawet  własnego tyłka nie chce wyprowadzić z chałupy...

A, kurde, muszę.








2008-10-30 23:23:01
I zapiję swój pogrzeb

Niefajnie tak jakoś. Ogólnie. Nic mi się nie udaje, czegokolwiek się tknę, to psuję (i nie mówię tylko o kabelku od klawiatury), a w dodatku cierpię na wszechstronnego niechcieja. Chociaż dzisiaj byłam, wbrew niechciejowi, bardzo dzielna i trochę pogrzebałam w materiałach do magisterki - zabawne, kiedyś patrzyłam na teksty naukowe z pobożnym zachwytem (albo z równie pobożną nienawiścią), natomiast w tej chwili jestem gotowa polemizować z każdym, kto mi podpadnie. Taki Trębicki, na przykład, który zresztą bardzo ciekawie pisze o ewolucji fantasy, zbyt jak na mój gust zawęża pojęcie, no i wyrzuca na margines wszystkie zjawiska, które mu zgrzytają z koncepcją. Idąc za tokiem jego rozumowania - "Trylogia husycka" Sapkowskiego w ogóle nie należy do fantasy, zawiera tylko pewne elementy gatunkowe! Szczerze się w tym momencie uśmiałam, szczególnie, że zjawiskom, które najbardziej mnie interesują, czyli fantasy miejskiej i historycznej, pan Trębicki poświęcił... przypisy. Sztuk dwa. To bardzo wygodne posunięcie, mamy jakiś model, a jeżeli coś do niego nie pasuje, to jest wyjątkiem, odstępstwem od normy. Problem zaczyna się wtedy, gdy z wyjątków robi się reguła, trzeba wtedy zaczynać robotę badawczą od początku. Piękny model bierze cholera. Puzzle za nic nie chcą do siebie pasować.

Poza teorią literatury, dalej brnę w demonologię i w feminizmy z czarownicami w tle. Robi się coraz ciekawiej. To znaczy robiłoby się, gdybym poświęciła pracy chociaż połowę czasu, który spędzam na pisaniu głupot, siedzeniu w necie, i czytaniu książek, nie mających nic wspólnego z magisterką. Chociaż, jakbym się uparła, to pewnie znalazłabym jakieś paralele między "Portretem Doriana Graya", a motywami folklorystycznymi w "Trylogii husyckiej"...
Ha ha ha.

Pozostając przy tematyce sztuki szerokopojętej.
W ostatnią niedzielę byłam w teatrze na Schillerowskiej "Marii Stuart" i zachwyciłam się, że ho. Sama nie wiem, czym bardziej, Schillerem samym w sobie (polityka, gra charakterów, napięcia, rozterki, światłocienie moralne... sam miód!) czy spektaklem, który był wyjątkowo interesujący. Zamiast szesnastowiecznego dworu, realia takie, hmmm, trochę jak z dwudziestolecia międzywojennego. Przynajmniej mnie przyszło na myśl właśnie dwudziestolecie, i związane z nim polityczne perturbacje. Silne kobiety, cynizm, niedopowiedzenia, intrygi... papierosowy dym i alkohol, który wcale nie zagłusza sumienia. Szczypta rewolucji i cała masa namiętności. Ależ sobie to międzywojnie zmitologizowałam, normalnie aż się nóż w kieszeni otwiera! Ale bardzo lubię je właśnie takie, "mojsze", i nie zamierzam z niego rezygnować.
 

Tak i jeszcze raz tak, "Maria Stuart" wyjątkowo się naszemu toruńskiemu teatrowi udała...

... i wcale nie chodzi mi tylko o wątek slashowy! Chociaż muszę przyznać, że Marek Ubysz w roli uwodziciela młodych i niewinnych lordów wypadł... eee... przekonująco ;)
Bardzo nawet.

Jutro zamierzam trochę postraszyć. Różne są zdania na temat Halloween, ja oburzać się na "importowane święto" nie zamierzam, bo wydaje mi się, że w karnawalizowaniu własnych strachów nie ma nic złego. Dzisiaj potańczmy i pobawmy się, a jutro idźmy na cmentarz i zadumajmy się nad przemijaniem. Jedno nie wyklucza drugiego. Byleby tylko nie przesadzić z kiczem w amerykańskim stylu, bo kicz w nadmiarze szkodzi na żołądek. I mocno wkurza.

Każda okazja do zabawy jest dobra. Chociaż ja będę raczej zapijać własną biedę i zasypywać depresyjne dołki... oczywiście jeśli ktoś podsunie mi łopatę.

Albo chociaż łyżkę do butów, ahjoj.







2008-10-20 20:24:20
Wczytana w atrament

Jeden z moich fanfikowych bohaterów (wtajemniczeni wiedzą, który), zbyt emocjonalnie podchodzi do książek. Zdarza się nawet, że, ku utrapieniu rodziny i przyjaciół, ciężko odchorowuje słowo pisane - po prostu traci nad sobą kontrolę. Przestaje zwracać uwagę na to, co się dookoła niego dzieje. Nie czuje zimna, głodu, nie zauważa, że komuś właśnie sprawił przykrość, ignoruje duże wysokości i głębokie zbiorniki wodne. Krótko mówiąc, jest stracony dla świata. Nie na długo, czasem na godzinę, dwie, częściej na parę dni, bywa jednak, że trans przedłuża się nawet do kilku tygodni. Niezależnie jednak od  czasu trwania takiego stanu, przebudzenie jest potworne, boli tak bardzo, że człowiek ma ochotę palnąć sobie w łeb. I tak jest zawsze. Wiadomo, jak się wszystko skończy, a jednak czyta się kolejne książki, przeżywa się je, wchłania, fruwa ze szczęścia, żeby potem leżeć na podłodze i marzyć o arszeniku.

Wcale nie mówię w tym momencie o bohaterze fanfików, ale przecież się domyśliliście, prawda?

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że jeżeli ryzykuję w opowiadaniach patos (a nie robię tego zbyt często),  to zwykle ma on podłoże rzeczywiste. Wszystkie łzawe, głodne kawałki, przesady i przerysowania, są dużo prawdziwsze od starannie układanych fabuł. Albowiem nie ma bardziej kiczowatej opowieści od tej, która się toczy za naszymi oknami, i w którą jakiś idiota-narrator wplątał nas bez naszej wiedzy.


Uprzejmie informuję, że na razie jestem na etapie fruwającym - myślę, że przypomina on trochę wstępne fazy zakochania. Śpiewam, tańczę i jem pomarańcze, śmieję się sama do siebie, a jak zobaczę znajomą, fioletową okładkę, to ogarnia mnie ciepło.
No dobrze, po prostu wpadam w ekstazę.
Nigdy, ale to przenigdy, żaden żyjący człowiek nie wzbudził we mnie takich emocji...! Wiem, że to niedobrze, ale nie jestem w stanie martwić się teraz swoimi społecznymi upośledzeniami.

Szłam do empiku jak... jak... !
Brak mi słów.

To katharsis, uczucie, za którym się tęskni (ba, oddałoby się pół życia, żeby je znowu przeżyć!), i którego trudno się nie obawiać. Bo po ostatnim zdaniu nie będzie już przecież niczego więcej, poza ostrym świstem miecza - poza słowem "koniec" wbitym w kartkę.

(i głowa potoczy się po bruku ku uciesze gawiedzi)


Atramentowa Trylogia mnie zabija, z każdą kolejnym rozdziałem jest gorzej, ale nie oddałabym takiej śmierci za żadne pieniądze świata!

Tak. Kocham patos. Jak widać -  ze wzajemnością.



2008-10-16 18:53:03
Apokaliptyczny prztyczek w nos

Zaczynam popadać w nałóg.


Zakupoholizm: odmiana księgarniowa.
Objawy: wydawanie horrendalnych sum na słowo pisane
.

Nie jestem w stanie wejść do empiku (czy do innej księgarni), i nie kupić książki, to silniejsze ode mnie! Oczywiście zawsze miałam świra na tym punkcie, ale ostatnimi czasy przechodzę sama siebie. I nawet wiem, dlaczego. Wszystko przez syndrom apokalipsy, czyli końca studiów - czuję się tak, jakby po tym roku nie miało być kolejnego, w związku  z czym rzucam się w przeróżne szaleństwa i ignoruję wyrzuty sumienia. Chcę przeczytać jak najwięcej, póki jeszcze mogę, póki żyję, póki świat się kręci, bo później albo zniknę gdzieś w Nibylandii, albo zamienię się w koszmarną sekutnicę. Nie umiem sobie wyobrazić siebie_pracującej, siebie płacącej_rachunki, zupełnie nie mieści mi się to w głowie! Dlatego wydaję masę stypendialnych pieniędzy (po co mam oszczędzać, skoro zbliża się koniec świata?), mówię różne dziwne rzeczy i funkcjonuję głównie w świecie równoległym, czyli w świecie własnych emocji. Nie chcę nie chcę nie chcę nie chcę

wstawać rano
chodzić do nudnej pracy
robić coś, co mnie nie obchodzi
myśleć o pieniądzach
wiecznie się denerwować
zapomnieć o baśniach
być zbyt zmęczona, żeby czytać

I przysięgam, że prędzej zdechnę z głodu, niż będę pracować fizycznie w jakiejś zakazanej spelunie! Aż tak mi nie zależy na życiu, żeby się go trzymać za wszelką cenę.

No tak, tuwimowski nastrój prysł jak bańka mydlana. Sama nie wiem, dlaczego, przecież pół dnia czytałam dzisiaj baśniową "Atramentową krew", która z szarością dnia codziennego ma niewiele wspólnego. A jednak czarnowidztwo wróciło, chociaż nikt go tutaj nie zapraszał.

Idę po kieliszek malinówki, może to mi poprawi humor.
Zresztą, hmm, cóż. Do końca roku akademickiego (życia) zostało mi jeszcze trochę czasu, więc trzeba to życie jak najlepiej wykorzystać, prawda? No.

Byłoby o wiele fajniej, gdyby co chwila nie zmieniał mi się nastrój. Zachowuję się jak wariatka. A na dodatek świetnie zdaję sobie z tego sprawę.


post scriptum
Ori, zdradziłam Bastę. Nie wiem kiedy i jak, ale pokoHałam Smolipalucha miłością czystą i nieokiełznaną (w "Atramentowym sercu" mnie tak nie rajcował, ciekawe). Na dodatek przestało mi przeszkadzać Meggie/Farid... Ori!  Ja jestem chorym człowiekiem!



Mówię
Słucham




Elizjum jest miejscem ogólnodostępnej wymiany poglądów - mile widziane dyskusje związane z zamieszczanymi na blogu notatkami. Jeżeli chcesz się ze mną skontaktować na gruncie prywatnym, zapukaj pod
deklil-to@tlen.pl



Notatki z 2003 i 2004 roku czytasz na własną odpowiedzialność! Nastoletnie gadulenia, być może nie pozbawione pewnego uroku, ale jednak nastoletnie. I nie na temat. 2009
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
czerwiec
maj
luty
styczeń
2005
listopad
październik
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec





Studentka zapolonizowana rok piąty, nie gotuje, ale za to masochistycznie babrze się w słowach. Wieczny poszukiwacz bohemy, nadwrażliwiec i wampir emocjonalny. Aktualnie na zakręcie, z brakiem wizji na ciąg dalszy.


Mojsze
Chomik
Lunatyczne Forum
Twórczość zebrana

Czytam
Absurdus
Angua
Merrik
Aniołak
Toroj
Gerath
Smagliczka
Skye
Noeś
Bajka
Marcin
Niob
Rikku
Morgana
Lily
Diablessa (photo)
Diablessa
Agnieszka
Rej
Puszczyk
Aurora



Licznik działa od:
25 III 07


» Designed by Nathalie
» For Goddess Layouts
Copyright © Goddess Layouts